Magia, czyli GOGOL bez słów

GOGOL to mimodram (spektakl pantomimy) na podstawie opowiadania Płaszcz autorstwa Nikołaja Gogola w interpretacji Warszawskiego Centrum Pantomimy, wystawiany na Scenie Przodownik Teatru Dramatycznego w Warszawie.

Nie jest mi łatwo opisać wrażenia po tym spektaklu, bo jest to tak nowa dla mnie jakość sztuki, że nie mam odniesienia, a krzywdzące dla artystów Warszawskiego Centrum Pantomimy​ byłoby porównywanie z działalnością Ireneusza Krosnego (z całym szacunkiem dla jego twórczości, ale to jednak nie ten poziom i nie ta estetyka).

Pierwsze, co zwraca uwagę, to oprawa wizualna (w tym światła) i muzyczna. W pantomimie jedno i drugie ma kolosalne znaczenie, bo obok mimiki i gestów są to jedyne środki przekazu i tworzenia klimatu. Szczególnie, że ze względu na charakter tej formy sztuki scenografia musi być raczej oszczędna. Tutaj mamy do czynienia z minimum rekwizytów, które dają maksimum efektów i tworzą rozbudowane, a nawet równolegle się odgrywające sceny. Scenografia jest więc, pomimo swej prostoty, wielofunkcyjna i daje możliwość genialnych manewrów przejścia z jednej sceny w drugą bez rozpraszania widza.
Kostiumy były kolejną rzeczą, która mnie zachwyciła w tym przedstawieniu. Niby niedbałe, a jednak dopracowane w każdym szczególe. Cudownie spójne między bohaterami i zgrane z całą scenografią. Do tego – pardon – kompatybilna charakteryzacja. Zupełnie tak, jakby spektakl miał swój kolor przewodni (i jest to chyba pewna prawidłowość, sądząc po zwiastunach innych przedstawień WCP, np. Marcela).

W spektaklu wzięło udział trzech aktorów i trzy aktorki. W każdym z artystów podobało mi się coś innego. Oczywiście wszyscy bardzo przekonująco grali swoje role, ale też każdy zabłysnął dla mnie czym innym. W tym miejscu warto nadmienić, że artyści idealnie pasowali do swoich postaci, i jakiekolwiek przetasowanie działałoby tu na niekorzyść. Największe wrażenie jednak zrobiły na mnie panie (panowie wybaczą;)), choć postaciom męskim nie mam absolutnie nic do zarzucenia (Bartłomiej Ostapczuk​ w roli głównej, Ireneusz Wojaczek jako jego współpracownik oraz Paweł Kulesza w roli krawca).
Niekwestionowaną faworytką jest dla mnie Paulina Szczęsna​ w roli garbatej współpracownicy głównego bohatera. Pomijając fakt wysiłku fizycznego włożonego w odgrywanie swojej postaci (ponad godzinę na kolanach!), ogromne wrażenie zrobiła na mnie mimika tej aktorki. Każda emocja była pokazana bezbłędnie, a gdy się uśmiechała – jakby jaśniał cały świat! Najbardziej ze wszystkich przyciągała mój wzrok i na pewno nie działo się to za sprawą garbu.
Świetnie w roli szefowej departamentu wypadła Ewelina Grzechnik. Tak dobrze, że jej postać nie wzbudziła we mnie sympatii 😉 Oczywiście ze względu na charakter bohaterki, świetnie oddany dzięki zaangażowaniu i talentowi aktorki. Doskonale przerysowana i wyrazista postać, a jednocześnie pełna miękkości i gracji.
À propos gracji – Paulina Staniaszek jako córka krawca to chodzący wdzięk i delikatność, nimfa wręcz. Doszły mnie słuchy, że był to jej debiut w tym przedstawieniu. Jeśli faktycznie tak było, naprawdę nie dało się tego poznać!
Ta gibkość i miękkość ruchów jest zresztą charakterystyczna dla wszystkich występujących w tym spektaklu aktorów. Co nie powinno dziwić, wszak pantomima to głównie gra ciałem, które pokazuje to, czego słowa nie mogą – bo ich nie ma. Kocia giętkość pozwala dopowiedzieć to, czego nie przekaże mimika.

Uprzedzono mnie, że jest to jedno z tych przedstawień, które potrafią wycisnąć łzy z oczu. Byłam zaskoczona, gdy przez cały spektakl nic takiego nie nastąpiło. Jakież było moje zdziwienie, gdy po zakończeniu i wyjściu wszystkich aktorów na scenę, podczas oklasków, poczułam to charakterystyczne ściskanie w gardle i szczypanie w oczach. Dlaczego tak? Nie umiem tego wytłumaczyć, ale okazuje się, że nie byłam jedyną osobą, która tak zareagowała. Może to kwestia odblokowania ładunku emocjonalnego, który kumulował się przez cały czas trwania sztuki, a któremu wcześniej przecież nie można było za bardzo dać ujścia? A może wzruszenia, które wyraźnie, obok zmęczenia*) malowało się na twarzach aktorów. Nie omieszkam tego sprawdzić na kolejnym** spektaklu Warszawskiego Centrum Pantomimy.

P.S. Z oczywistych względów nie mam zdjęcia z tego wydarzenia, ale polecam Wam obejrzenie zwiastuna:

*) W przeciwieństwie do „standardowych” spektakli, aktorzy pantomimy nie schodzą ze sceny przez cały czas trwania przedstawienia; jeśli aktualnie nie grają, zajmują się scenografią.

**) Agua de lagrimas, 14 maja na Scenie Przodownik, zapowiada się równie – nomen omen – spektakularnie. Zwiastun:

 

Spektakl „GOGOL” ​Teatr Warszawskiego Centrum Pantomimy

Reżyseria LIONEL MENARD
Scenografia/Kostiumy AGNIESZKA MAGIERA
Maski, Lalki KATARZYNA WRÓBEL
Reżyseria świateł ANDRZEJ KRÓL
Asystent reżysera MAJA PIECZERAK

Obsada EWELINA GRZECHNIK, PAULINA SZCZĘSNA, PAULINA STANIASZEK,
PAWEŁ KULESZA, IRENEUSZ WOJACZEK, BARTŁOMIEJ OSTAPCZUK

Przez żołądek do serca, czyli Kobieta do zjedzenia

Wbrew tytułowi nikt mnie nie karmił, a bynajmniej nie w sposób dosłowny. Natomiast zdecydowanie ktoś skradł moje serce… opowiadając i śpiewając o jedzeniu! Miałam bowiem smakowitą przyjemność uczestniczyć w recitalu Magdaleny Smalary Kobieta do zjedzenia w Kalinowym Sercu.

Jakież to apetyczne, jakież to pyszne! Zachwyt od pierwszego słowa do ostatniego dźwięku

Magda Smalara jest absolutnie do schrupania, a jeśli już o tym mowa – nawet najstarszy suchar w jej interpretacji nie ma nic z odgrzewanego kotleta (pun intended). To zdecydowanie aktorka niedoceniona. Przyznaję, sama znałam ją do tej pory tylko z seriali i kilku filmów. Na ten recital poszłam więc z dużym zaciekawieniem, ale zachęcona krążącymi po internecie fragmentami z poprzednich występów. Tymczasem pani Magda to fantastyczna osobowość sceniczna, doskonale kokietująca widzów i urzekająca talentem nie tylko aktorskim, ale i wokalnym (ten głos ma MOC!). Jej interpretacje piosenek są mistrzowskie. Nie mogę też nie wspomnieć talentu komediowego – po 2 godzinach występu zakwasy na policzkach od śmiechu murowane!

Pani Magda jest piękna i emanuje wdziękiem w każdym calu. Mam na myśli nie tylko to, jak wygląda, ale jak gra i jaką prezentuje na scenie osobowość. Dlatego następny przystanek to Teatr Dramatyczny, gdzie występuje na co dzień. Chyba, że wcześniej trafi się kolejna Kobieta do zjedzenia, bo będzie to w moim kalendarzu pozycja obowiązkowa i nie omieszkam zabrać ze sobą więcej osób.

Jeśli trafi się okazja – KONIECZNIE IDŹCIE TO ZOBACZYĆ.

Zapewniam, że to nie będzie wieczór stracony. Jeśli się wahacie, zastanawiacie, czy Wam się spodoba – zaprzestańcie i róbcie rezerwacje. Gwarantuję, że nikt z tego występu nie wyjdzie niezadowolony*. Informacje o terminach wystąpień można znaleźć na stronie projektu na facebooku. Recital jest prezentowany w różnych miejscach w Polsce, dlatego warto śledzić terminarz wydarzeń.

P.S. Za Beszamel mucho i Pan kotek był chory moja dozgonna miłość i uwielbienie ♥ Wielkie ukłony dla zespołu za wspaniałą wariację na temat wierszyka, jak i za całą oprawę muzyczną.

P.S.’ Co można zrobić po powrocie z dwugodzinnego recitalu o jedzeniu? Oczywiście złapać ociekającego tłuszczem i skąpanego w skwarkach z cebuli pieroga z kapustą i z grzybami. Bez odgrzewania. NIE IDŹCIE NA TO GŁODNI!
 

*) Chyba że Grumpy cat albo jakiś Niespotykanie Zmierzły Człowiek.

 

Recital „Kobieta do zjedzenia” ​w wykonaniu Magdaleny Smalary

Opracowanie muzyczne URSZULA BORKOWSKA
Wizualizacje EMILIA SADOWSKA

Zespół
URSZULA BORKOWSKA instrumenty klawiszowe
WOJCIECH GUMIŃSKI kontrabas
MARCIN SŁOMIŃSKI perkusja
MARCIN ŚWIDERSKI saksofon, flet