Sceny z życia Marii, czyli Promieniowanie

Nigdy nie byłam fanką Ewy Wencel. To w zasadzie nic osobistego, po prostu nie przypadły mi do gustu jej role neurotycznych kobiet po przejściach, sponiewieranych przez życie i zgorzkniałych, w których widywałam ją najczęściej. Przyznaję, że choć często do teatru chodzę po części dla aktorów, tak tym razem wybrałam się tylko i wyłącznie przez wzgląd na tematykę spektaklu. Maria Skłodowska-Curie to dla mnie postać szalenie ważna, inspirująca i stanowiąca wzór. Dlatego też nieco się obawiałam tej odsłony, szczególnie, że w nowej dla mnie formie – monodramu.

Tymczasem zgasły światła, nastała chwila ciszy i gdy zapaliły się znów…

…na scenę wyszła Maria.

Nie kobieta za nią przebrana, nie aktorka próbująca ją udawać – tylko Maria Skłodowska-Curie w nowym wcieleniu.
To nie jest kwestia (bardzo udanej, zresztą) charakteryzacji czy podobieństwa do oryginału, które jest dosyć umowne. To kwestia tego, że Ewa stała się Marią. Z jej wszystkimi pasjami, rozterkami, emocjami. Z problemami, z którymi przyszło się jej zmierzyć, z nastawionym przeciwko niej – zdawałoby się całym – światem. Ale też z radościami, szczęściem i nadzieją. Dzięki Wencel przeżywamy najważniejsze wzloty i upadki Marii, widzimy ją jako ambitną i zawziętą, ale skromną postać świata nauki.

Skłodowska w interpretacji tej aktorki jest dokładnie taką Marią, jaką chciałabym ją widzieć – waleczną, odważną, pewną siebie, bezkompromisową, a jednocześnie uczuciową i wrażliwą kobietą. Widz dostaje ze sceny potężny ładunek emocji, które udzieliły się również artystce. Po części jest to związane z ogromnym zaangażowaniem Ewy Wencel, ale niemały na to wpływ miała zapewne formuła monodramu, w którym aktorka niejednokrotnie odgrywać musi obie strony dialogu (tzw. monolog zdialogizowany).

Tytułowe promieniowanie występuje w spektaklu w dwojakim znaczeniu. Pierwsze, najbardziej oczywiste, to zainspirowane dokonaniami Becquerela prace nad promieniotwórczością, za które wszyscy troje (wraz z Piotrem Curie) otrzymali w 1903 roku nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki. Drugie natomiast ma wymiar zdecydowanie odmienny, choć jest nie mniej ważne. To sposób, w jaki Maria „zapala się” w najbardziej pasjonujących momentach swojego życia, od zakochania w swoim przyszłym mężu, po fascynację zagadnieniami naukowymi, aż po dość dramatyczną i dwuznaczną relację z Paulem Langevinem. We wszystkich tych chwilach Maria promienieje dosłownie i w przenośni.

Musiałam 😉

Ten monodram nie tylko pokazuje trudności, z jakimi musiała się mierzyć Maria, ale jest też dowcipny i momentami sarkastyczny. Postać Marii nie jest więc posągowa i odległa, ale ludzka i bliska.  Całość pokazuje, że nawet wielcy ludzie mają przyziemne problemy – z opanowaniem domowego budżetu, z wychowaniem dzieci czy… z naprawą roweru.

Tyle wiemy o aktorach, na ile sprawdzą się w teatrze.

Teatr to takie fajne miejsce, które weryfikuje, czy ktoś ma talent, czy jest tylko recytującym tekst elementem białkowym. Tutaj nie ma dubli, nie ma powtórek, nie ma poprawek. Tu jest żywioł, wychodzi się na scenę i albo się podoła, albo nie. Nie da się udawać dobrego aktora, jeśli się nim nie jest.
W tym spektaklu od samego początku wiedziałam, że jest to taka Maria, jaką chciałam zobaczyć, a Ewa Wencel jest na swoim miejscu. I nie musi nikogo udawać.

P.S. Spektakl w Teatrze Kwadrat jest elementem obchodów przypadającej w tym roku 150 rocznicy urodzin Marii Skłodowskiej-Curie. Na obchody składa się szereg wydarzeń organizowanych nie tylko w Warszawie, ale i również w innych miastach. Terminarze są aktualizowane na bieżąco.

 

Spektakl „Promieniowanie” w Teatrze Kwadrat

Autor JAROSŁAW SOKÓŁ
Produkcja EWA WENCEL
Scenografia WOJCIECH STEFANIAK
Kostiumy DOROTA REQUEPLO
Muzyka TOMASZ BAJERSKI

Obsada EWA WENCEL