Różowy trójkąt, czyli BENT

Z teatru wróciłam z poczuciem, że chyba nie będę w stanie nic napisać o tej sztuce, ale jednak nie da się przejść obok niej obojętnie i zostawić bez słowa.
Po samym spektaklu tkwiłam w stuporze, nie mogąc ruszyć się z miejsca. Sala pustoszała, a ja wgapiałam się w scenę jakby nie mogąc uwierzyć, że to już koniec, jednocześnie będąc zdumiona, że reszta widzów – nie wyglądając na szczególnie przejętych, choć jeszcze chwilę temu dyskretnie przecierali oczy, ściągali okulary i szukali chusteczek po kieszeniach – przemyka po niej w drodze do wyjścia dotykając scenografii, jakby nigdy nic. Dla mnie to była swoista profanacja; jak oni mogli tak spokojnie tam przechodzić, skoro jeszcze przed chwilą wydarzyło się TO? Chyba pierwszy raz nie mogłam wyjść ze sztuki, bo wciąż tkwiłam w historii, która dopiero co się zakończyła. 

Historii o zakazanej miłości. Historii o świecie, w którym „pedzio” to najgorszy typ człowieka i nawet Żyd jest od niego lepszy. Co tam Żyd! Lepszy jest nawet kryminał.
To też historia o ludziach, którzy boją się kochać i przez to nie chcą być kochani. Bo świat im wmawia, że im nie wolno, że na to nie zasługują. Że nie powinni się obnosić, że lepiej się ukrywać i stwarzać pozory. Tłumić i wypierać to, jacy są. Jest to również opowieść o zakłamaniu i dwulicowości, o zaszczuciu, przemocy i uprzedmiotowieniu, jakiego na więźniach obozów dokonywali gestapowcy. Aż dziw, że w tej tragicznej historii udało się przemycić cokolwiek pozytywnego – szczyptę poczucia humoru i chyba najbardziej niekonwencjonalną w formie scenę erotyczną.
Bent chwilami szokuje, ale przede wszystkim – uderza tam, gdzie czuć najmocniej – w miękki brzuszek. Dostałam ze sceny chyba największy ładunek emocjonalny z możliwych. Końcowa scena, mówiąc kolokwialnie, „nie bierze jeńców”. Przejmująca do cna.

Nie mogę wyjść z podziwu dla aktorów, dla których – w moim odczuciu – musiało to być szalenie trudne. Nie tylko do zagrania, ale i do przeżycia. Nawet z czwartego rzędu było widać wszystko – każdy drgający mięsień, zaszklone oczy, przerażenie, spazm rozkoszy. Grymas wewnętrznego bólu był nawet bardziej wymowny, niż faktycznie słyszany krzyk. Jedno spojrzenie mówiło wszystko.
Niskie ukłony dla odtwórcy głównej roli – Mariusz Drężek zdecydowanie potwierdza tu swój status wybitnego aktora. Widz cierpi razem z nim. Reszta obsady też nie jest na tej scenie z przypadku, co widać zwłaszcza po wcielaniu się w kolejne postaci i – w zależności od tego, po której stronie barykady akurat się znajdują – wzbudzaniu adekwatnych uczuć, od sympatii do pogardy.
To sztuka trudna i wymagająca, ale ważna i potrzebna. Szczególnie tym, którzy nie wiedzą, co znaczy różowy trójkąt.

 

Spektakl „Bent” w Teatrze Dramatycznym

Reżyseria NATALIE RINGLER
Produkcja NATALIA MOŁODOWIEC
Tłumaczenie 
RUBI BIRDEN
Scenografia/kostiumy ANETA SUSKIEWICZ
Muzyka PIOTR ŁABONARSKI
Światła PAWEŁ SREBRZYŃSKI

Obsada MARIUSZ DRĘŻEK, KAMIL SIEGMUND, PIOTR BULCEWICZ, PIOTR SIWKIEWICZ, MACIEJ WYCZAŃSKI

 

0 comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *