A na imię miała właśnie… migrena

Zazwyczaj jest tak, że dopóki coś nas samych nie spotka nie mamy pojęcia, jaka jest skala danego zjawiska, ale gdy to coś zacznie nas już dotyczyć nagle okazuje się, że prawie wszyscy wokół mają z tym styczność. Tak jest na przykład z depresją, alkoholizmem w rodzinie czy właśnie z migreną.

Czym jest ta osławiona migrena?

Na to pytanie zaskakująco mało osób zna poprawną odpowiedź, i to nawet tych, które borykają się z nią na co dzień (dosłownie). Niejednokrotnie utożsamia się każdy ból głowy z migreną, co jest oczywistym błędem. Zapewne też wielu ludzi nie ma świadomości, że doznaje ataków migreny i traktuje je jak zwykłe, acz bardzo silne i uciążliwe, bóle głowy. Tymczasem nie każdy ból głowy to migrena, a migrena to nie tylko ból głowy. To zespół objawów, z których ból głowy jest najbardziej oczywisty (choć tylko pozornie, bo migrena może występować bez bólu głowy, ale o tym później).
Kiedy przytrafiła mi się po raz pierwszy, nie miałam wątpliwości, że to ona, choć tak naprawdę nie wiedziałam o niej zbyt wiele i – jak mi się wówczas zdawało – nikt w moim otoczeniu nie zmagał się z tym problemem. Szybko jednak się okazało, że sporo moich znajomych zna go całkiem nieźle (a przynajmniej długo). To u nich szukałam pierwszego ratunku, ale po kilku(nastu) poznanych historiach perspektywy nie były zbyt obiecujące. W skrócie: wychodziło na to, że nie da się zrobić nic i trzeba z tym po prostu żyć. Na to się zgodzić nie mogłam i nie chciałam. Nierozwiązane zagadki są dobre dla Archiwum X, nie dla mnie.

Według Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10 migrena to choroba układu nerwowego o charakterze okresowym i napadowym. Międzynarodowa Klasyfikacja Bólów Głowy (International Classification of Headache Disorders) wyodrębnia też typy i podtypy tego schorzenia. Obie klasyfikacje są zgodne co do tego, że migrena ma charakter pierwotnego zespołu bólowego (od 2014 roku ICHD jest zsynchronizowana z ICD). Co to oznacza? W odróżnieniu od bólów wtórnych, które są konsekwencją już toczącej się w organizmie choroby lub doznanego urazu, w przypadku bólu pierwotnego nie jest możliwe jednoznaczne określenie czynnika odpowiedzialnego za powstawanie objawów. Nie można więc stwierdzić, jaka jest konkretna medyczna przyczyna zgłaszanych dolegliwości. Migrena jest zatem schorzeniem idiopatycznym (z greckiego ἴδιος (idios) – własny + παθος (pathos) – cierpienie; w wolnym tłumaczeniu: choroba sama z siebie – ładnie, nieprawdaż?), o nieznanej etiologii. W takim przypadku to ból i towarzyszące mu objawy są chorobą samą w sobie, ale ze względu na nieznajomość przyczyn leczenie może być tylko objawowe lub zapobiegawcze.

Migrena jest jednym z najczęściej występujących schorzeń neurologicznych. Zapadalność różni się w zależności od źródła, ale zazwyczaj jest określana jako kilkanaście procent populacji (w krajach wysoko rozwiniętych sięga 15%). Najczęściej dotyka osoby między 25. a 45. rokiem życia (3/4 chorych nie przekroczyło jeszcze trzydziestki!). Chorują także dzieci, nawet kilkuletnie (charakterystyka migren u dzieci różni się od migren u dorosłych i nie będzie tu rozwijana).
Trzykrotnie częściej występuje u kobiet, niż u mężczyzn (przed okresem dojrzewania częstotliwość występowania u chłopców i dziewczynek jest taka sama). Niesprawiedliwe, co nie? Marnym pocieszeniem jest fakt, że mężczyźni mają „swój” typ pierwotnego bólu głowy, zwany klasterowym. Co prawda zapadają na niego kilka razy częściej, niż kobiety, jednakże jest to przypadłość występująca znacznie rzadziej, niż migrena. Innymi słowy: zdecydowanie więcej kobiet cierpi z powodu migren, niż mężczyzn z powodu klasterowego bólu głowy. Czyli kobiety mają gorzej.

Najogólniejszy podział wyodrębnia migrenę z aurą (klasyczna) i bez aury (migrena prosta), ale typów tego schorzenia jest więcej. Wśród podtypów migreny klasycznej znajdują się m.in.: migrena rodzinna połowiczoporaźna, migrena równoważna, typowa aura bez bólu głowy, migrena z aurą o ostrym początku, migrena z przedłużoną aurą, migrena z typową aurą. Ponadto wyróżnia się migrenę powikłaną, menstruacyjną, okoporaźną i siatkówkową, a także stan migrenowy*. Naprawdę jest w czym wybierać! A to nie wszystko, bo co organizacja (np. Polskie Towarzystwo Migrenowe czy Polskie Towarzystwo Bólów Głowy (a obecnie, zdaje się, Polskie Towarzystwo Badania Bólu)), to inny podział. Dlatego najlepiej, aby wyboru adekwatnej jednostki chorobowej dokonał kompetentny lekarz neurolog, a idealnie – migrenolog (tak, są tacy!).

Ataki migrenowe mogą występować sporadycznie – w większości przypadków stwierdza się 1-3 napady w miesiącu – ale postać epizodyczna może w każdym momencie przejść w przewlekłą. Wówczas towarzyszy choremu przez większą część życia, a częstotliwość ataków jest indywidualna i zmienna. Teorii dotyczących podłoża migreny jest kilka, ale jedno już wiadomo na pewno – migrena jest uwarunkowana genetycznie (jeden rodzic migrenik to 50% szans na późniejszą chorobę potomka, przy dwojgu jest to już 75%). Nie ma natomiast jasności odnośnie przyczyn napadów i genezy osobniczej.

Charakterystyka ataku migrenowego

Średni czas trwania nieleczonego napadu wynosi 18 godzin. Minimum to 4 godziny, a maksimum określone niegdyś na 72 h powoli odchodzi w zapomnienie (coraz częściej postuluje się zniesienie górnej granicy czasu trwania ataku migrenowego). Póki co w przypadku migreny utrzymującej się dłużej, niż 3 doby, mówi się o stanie migrenowym. Wyróżnia się kilka faz napadu:

  1. Zwiastuny – występują w niej wczesne, nieswoiste objawy, które nie są charakterystyczne dla samej choroby, ale zapowiadają jej nadejście (tzw. prekursory).
  2. Aura – jeśli występuje (10-30% przypadków, w zależności od źródła), pojawia się bezpośrednio przed bólem lub równo z nim; czas od pojawienia się aury do wystąpienia migreny to od kilku sekund do godziny.
  3. Ból – występujący w większości wypadków; wyjątkiem jest przewlekła aura migrenowa bez bólu głowy, w której objawem jest tzw. śnieg optyczny.
  4. Faza ponapadowa – nieoficjalnie nazywana milczącą siostrą migreny; długo ignorowana, bo nie ma w niej bólu, ale od kilkunastu lat badana jako interesujące zjawisko.

Niekiedy między fazami 3. i 4. wymienia się fazę ustępowania bólu, jednakże moim zdaniem nie charakteryzuje się ona niczym szczególnym na tyle, aby się nad nią rozwodzić. Ot, intensywność bólu sukcesywnie spada. Warto natomiast przyjrzeć się pozostałym etapom napadu.

Zwiastuny migreny mogą się pojawiać od 2 godzin do nawet dwóch dni przed atakiem, a doświadcza ich ok. 60% chorych, niezależnie od współistnienia aury. Obejmują szerokie grono dolegliwości i zjawisk, również tych charakterystycznych dla fazy bólowej, ale także takich, które na pierwszy rzut oka niewiele mają wspólnego z dolegliwościami bólowymi, np. zachcianki jedzeniowe, zaparcia lub biegunka. Wzbudzić wzmożoną czujność powinny wszelkie objawy dotyczące samopoczucia – drażliwość, zmienne nastroje (od depresyjnych po euforię), nadwrażliwość na dźwięki i zapachy, a także… zmęczenie.
Zdarzyło mi się kiedyś podczas drogi do pracy (na szczęście komunikacją miejską, nie za kierownicą auta), że zaczęły mi się zamykać oczy. Dosłownie. Bywałam już w życiu zmęczona i niewyspana, raz nawet prawie zasnęłam na stojąco na przystanku po nieprzespanej nocy i oprzytomniałam dopiero na dźwięk nadjeżdżającego samochodu, pod który niechybnie bym wpadła, ale takiego jak wtedy „zjazdu” nie miałam nigdy. Nie wiem, jakim cudem udało mi się nie odpłynąć całkowicie i po 20 minutach walki ze sobą i tym „sztucznym” zmęczeniem wysiadłam nawet na właściwej stacji. Do pracy doszłam na autopilocie. Z pracy wracałam już z migreną.
Typowym dla mnie zwiastunem było natomiast to, że zaczynała mi przeszkadzać muzyka, która w zasadzie gra u mnie cały czas – zarówno podczas pracy, jak i odpoczynku. Jeśli w ciągu dnia systematycznie, co kilkanaście-kilkadziesiąt minut, musiałam zmniejszać głośność radia lub odtwarzacza, przed końcem dnia przychodziła migrena.

Aura kojarzona jest przede wszystkim z zaburzeniami widzenia (i słusznie, bo zjawiska te dotyczą nawet 99% przypadków), takimi jak mroczki, błyski, jasne lub ciemne plamy w polu widzenia, ale także pogorszenie ostrości (rozmycie), niedowidzenie, widzenie tunelowe, halucynacje (!), a nawet tymczasowa utrata wzroku. Mogą obejmować oboje oczu. Ale aura to nie tylko „atrakcje” wizualne. Chory może doświadczać również wrażeń zapachowych, słuchowych (omamy), a także zaburzeń mowy i ruchu (aura sensoryczna i motoryczna).
Ze swojej perspektywy niewiele mogę powiedzieć o aurze, bo zdarzyła mi się tylko raz. Była to pulsująca, jaskrawa, niebieskofioletowa plama w lewym górnym rogu pola widzenia lewego oka, przypominająca nieco zorzę (zero zdziwienia – zorza = aurora). Co ciekawe, moje migreny praktycznie zawsze obejmowały prawą stronę głowy wraz z oczodołem i okiem, tak było i tamtym razem.
Migrenowcy różnie opisują swoje aury, dlatego nie trzymałabym się kurczowo wymienionych wyżej efektów wizualnych, bo u każdego mogą one wyglądać inaczej i być wcale niepodobne do najbardziej popularnych. Warto natomiast przejrzeć grafikę Google lub filmy na YouTube, aby zobaczyć, jak aura może wyglądać. Bo pomimo całej nieprzyjemnej otoczki związanej z migreną i cierpieniem, jest to ciekawe i spektakularne zjawisko. Poza tym może Wam pomóc zidentyfikować aurę u siebie.

Mniej więcej coś takiego widziałam podczas jedynej aury, jaką miałam:

Aura może się utrzymywać nawet przez cały czas trwania napadu migrenowego. Występowanie różnych typów aury podczas jednego ataku nie jest niczym nadzwyczajnym, a u większości osób rodzaj aury jest taki sam przy każdym ataku.
Szczęśliwi ci, którzy mają aurę, bowiem wskazuje ona moment, w którym najlepiej zażyć leki przeciwmigrenowe. Podane w tej fazie mają największą szansę na skuteczność i zadziałają najszybciej, a nawet mogą zapobiec napadowi migreny. Nieszczęśnikom niedoświadczającym aury pozostaje szybka reakcja po rozpoczęciu ataku i nadzieja, że lek pomoże.
W nielicznych przypadkach po aurze nie następuje ból głowy (chodzi oczywiście o sytuacje, w których nie podano żadnego leku) – mamy wtedy do czynienia ze wspomnianą wcześniej migreną bez bólu, zwaną także cichą migreną lub migreną optyczną (nie mylić z oczną!). Chory doświadcza wtedy tylko wrażeń wizualnych – intensywnych, długotrwałych i uciążliwych. Ten typ przytrafia się „weteranom”, cierpiącym na migreny od lat. Jeśli jednak po raz pierwszy pojawi się po 40 roku życia, należy koniecznie skonsultować się z lekarzem i wykluczyć chorobę niedokrwienną mózgu.

Ból migrenowy jest uporczywy, silny i pulsujący, często jednostronny. Wzmaga się przy rutynowej aktywności fizycznej (u mnie to były „tąpnięcia” w głowie przy każdym kroku). Zazwyczaj uniemożliwia normalne funkcjonowanie lub mocno je utrudnia. Nie pomagają w tym objawy towarzyszące, takie jak światłowstręt (fotofobia), nadmierna wrażliwość na dźwięki (fonofobia) i zapachy (osmofobia), a także nudności i wymioty.
Nie ma ani trochę przesady w historiach osób cierpiących na migrenę mówiących, że podczas napadu najlepiej im w zaciemnionym pomieszczeniu, z kołdrą naciągniętą po same uszy. Ograniczenie bodźców do minimum potrafi znacznie zwiększyć „komfort cierpienia” chorego nawet przy trwającym wciąż bólu. Pomocne jest również pozostawanie w bezruchu, co jest możliwe jedynie w pozycji horyzontalnej.
Faza bólowa niesie ze sobą dużo więcej atrakcji – obniżone zdolności neuropsychologiczne, zaburzenia koncentracji i znaczne zmniejszenie sprawności intelektualnej. Wszystko to sprawia, że człowiek będący pod wpływem migreny naprawdę do niczego się nie nadaje. I to jest zasadnicza różnica między migreną, a „zwykłym” bólem głowy. W tym drugim przypadku człowiek odczuwa mniejszy lub większy dyskomfort, w tym pierwszym – po prostu cierpi. Żeby była jasność – nie bagatelizuję innych bólów głowy, ale migrena atakuje ze wszystkich stron, całym arsenałem dolegliwości, i wybitnie daje się we znaki.

Faza ponapadowa to w dużym przybliżeniu to, co zostaje z migreny po odjęciu bólu (bez aury), czyli ogólne złe samopoczucie, apatia, zmęczenie, osłabienie, wahania nastrojów, rozbicie, niezborność ruchów, znaczny spadek sprawności intelektualnej i problemy z wysławianiem się (u mnie standardowo mylenie ręcznika z szalikiem, trudność z nazwaniem prostych rzeczy, obijanie się o meble i przedmioty), a także dolegliwości ze strony układu pokarmowego. Wielu chorych odczuwa w głowie dyskomfort, a nawet lekki ból („zwykły” ból głowy). „Uroków” tej fazy doświadcza zdecydowana większość migrenowców, a ze względu na charakter objawów bywa ona potocznie określana… mentalnym kacem.
Faza ta trwa od momentu ustąpienia bólu migrenowego do powrotu do normalności, ale objawy niebólowe mogą pojawić się już w fazie zwiastunów. Czas trwania nie jest skorelowany ani z natężeniem odczuwanego bólu migrenowego, ani z zażyciem leków przeciwbólowych, i jest krótszy niż 24 h  w ponad 90% przypadków. Niestety jestem w tej „szczęśliwej” 10 – faza ponapadowa trwa u mnie dokładnie tyle, ile sam atak migreny. Więc jeśli zdarzały mi się tzw. trzydniówki (72-godzinne migreny), to kolejne 3 dni dochodziłam do siebie. Czyli byłam wyjęta z życia przez 6 dni w tygodniu (!!!).

Zmęczenie po migrenie jest ogromne, w zasadzie bliżej mu do wyczerpania. Zaraz po ustaniu bólu chciałoby się nadrobić ten stracony czas, w którym nie było się w stanie normalnie funkcjonować. Tymczasem nawet proste czynności mogą wciąż sprawiać trudność, obniżając tym samym jakość życia i pracy.
Pomimo swojej dokuczliwości faza ponapadowa długo pozostawała w cieniu migreny, stąd nie jest dobrze udokumentowana. Niesamowitym jest fakt, że badania nad samą migreną sięgają czasów antycznych (pierwszy opis migreny pochodzi z I w. n. e.), a fazą ponapadową zainteresowano się dopiero kilkanaście lat temu (nie uwzględniono jej jeszcze nawet w Międzynarodowej Klasyfikacji Bólów Głowy).

Migrena jako schorzenie o wymiarze społecznym

Migrena ma z depresją czy alkoholizmem coś jeszcze wspólnego – jest lekceważona, bagatelizowana przez innych, czy – podobnie jak często depresja – uznawana za fanaberię. Tymczasem choroba ta ma wpływ nie tylko na komfort życia samych cierpiących, ale także ich bliskich. Osoba miewająca migreny, zwłaszcza częste, ma znacznie utrudnione funkcjonowanie w społeczeństwie. Choroba negatywnie odbija się na relacjach międzyludzkich (odmawianie czy wręcz odwoływanie spotkań towarzyskich) i życie zawodowe (niska lub bardzo niska forma intelektualna, zaburzenie funkcji poznawczych). Pogorszenie zdrowia samo w sobie niekorzystnie odbija się na psychice, a gdy do tego dodać nadszarpnięte relacje z bliskimi i współpracownikami, nietrudno o depresję. Jest ona zresztą jednym ze schorzeń towarzyszących migrenie.

W najgorszym okresie przytrafiały mi się 2-3 migreny w tygodniu, a biorąc pod uwagę długość mojej fazy ponapadowej, nie byłam w stanie efektywnie pracować. Jeszcze się dobrze nie skończyła jedna migrena, a zaczynała kolejna. Koszmar. W końcu lekarz prawie siłą wysłał mnie na 3-tygodniowe zwolnienie (kompromis między jego zaleceniem (miesiąc), a moim poczuciem obowiązku (maksymalnie 2 tygodnie); spotkaliśmy się mniej więcej po środku), ale niewiele to dało. Poza jednym: moment, w którym uświadomiłam sobie, że migrena zawładnęła moim życiem był momentem, w którym przestałam się na to godzić i postanowiłam walczyć.

W następnym odcinku: co na to medycyna, czyli skąd się bierze migrena i jak ją leczyć, a w kolejnym: czy można jej zapobiegać i jak sobie z nią radzić?

 

*) podtypy te występują w polskiej wersji klasyfikacji ICD-10; nawet jeśli występują rozbieżności między tą, a anglojęzyczną wersją, to lekarz stawiający diagnozę przy wyborze kodu rozpoznania będzie się kierował wersją polską

 

DISCLAIMER: Nie jestem lekarzem, farmaceutą, terapeutą; nie mam medycznego wykształcenia. Moja wiedza opiera się na własnych kilkuletnich doświadczeniach, wielomiesięcznym szukaniu informacji i kilku miesiącach testów (na sobie). Moje doświadczenia mogą się różnić od doświadczeń innych osób, a przedstawione tu porady mają charakter informacyjny.

Sceny z życia Marii, czyli Promieniowanie

Nigdy nie byłam fanką Ewy Wencel. To w zasadzie nic osobistego, po prostu nie przypadły mi do gustu jej role neurotycznych kobiet po przejściach, sponiewieranych przez życie i zgorzkniałych, w których widywałam ją najczęściej. Przyznaję, że choć często do teatru chodzę po części dla aktorów, tak tym razem wybrałam się tylko i wyłącznie przez wzgląd na tematykę spektaklu. Maria Skłodowska-Curie to dla mnie postać szalenie ważna, inspirująca i stanowiąca wzór. Dlatego też nieco się obawiałam tej odsłony, szczególnie, że w nowej dla mnie formie – monodramu.

Tymczasem zgasły światła, nastała chwila ciszy i gdy zapaliły się znów…

…na scenę wyszła Maria.

Nie kobieta za nią przebrana, nie aktorka próbująca ją udawać – tylko Maria Skłodowska-Curie w nowym wcieleniu.
To nie jest kwestia (bardzo udanej, zresztą) charakteryzacji czy podobieństwa do oryginału, które jest dosyć umowne. To kwestia tego, że Ewa stała się Marią. Z jej wszystkimi pasjami, rozterkami, emocjami. Z problemami, z którymi przyszło się jej zmierzyć, z nastawionym przeciwko niej – zdawałoby się całym – światem. Ale też z radościami, szczęściem i nadzieją. Dzięki Wencel przeżywamy najważniejsze wzloty i upadki Marii, widzimy ją jako ambitną i zawziętą, ale skromną postać świata nauki.

Skłodowska w interpretacji tej aktorki jest dokładnie taką Marią, jaką chciałabym ją widzieć – waleczną, odważną, pewną siebie, bezkompromisową, a jednocześnie uczuciową i wrażliwą kobietą. Widz dostaje ze sceny potężny ładunek emocji, które udzieliły się również artystce. Po części jest to związane z ogromnym zaangażowaniem Ewy Wencel, ale niemały na to wpływ miała zapewne formuła monodramu, w którym aktorka niejednokrotnie odgrywać musi obie strony dialogu (tzw. monolog zdialogizowany).

Tytułowe promieniowanie występuje w spektaklu w dwojakim znaczeniu. Pierwsze, najbardziej oczywiste, to zainspirowane dokonaniami Becquerela prace nad promieniotwórczością, za które wszyscy troje (wraz z Piotrem Curie) otrzymali w 1903 roku nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki. Drugie natomiast ma wymiar zdecydowanie odmienny, choć jest nie mniej ważne. To sposób, w jaki Maria „zapala się” w najbardziej pasjonujących momentach swojego życia, od zakochania w swoim przyszłym mężu, po fascynację zagadnieniami naukowymi, aż po dość dramatyczną i dwuznaczną relację z Paulem Langevinem. We wszystkich tych chwilach Maria promienieje dosłownie i w przenośni.

Musiałam 😉

Ten monodram nie tylko pokazuje trudności, z jakimi musiała się mierzyć Maria, ale jest też dowcipny i momentami sarkastyczny. Postać Marii nie jest więc posągowa i odległa, ale ludzka i bliska.  Całość pokazuje, że nawet wielcy ludzie mają przyziemne problemy – z opanowaniem domowego budżetu, z wychowaniem dzieci czy… z naprawą roweru.

Tyle wiemy o aktorach, na ile sprawdzą się w teatrze.

Teatr to takie fajne miejsce, które weryfikuje, czy ktoś ma talent, czy jest tylko recytującym tekst elementem białkowym. Tutaj nie ma dubli, nie ma powtórek, nie ma poprawek. Tu jest żywioł, wychodzi się na scenę i albo się podoła, albo nie. Nie da się udawać dobrego aktora, jeśli się nim nie jest.
W tym spektaklu od samego początku wiedziałam, że jest to taka Maria, jaką chciałam zobaczyć, a Ewa Wencel jest na swoim miejscu. I nie musi nikogo udawać.

P.S. Spektakl w Teatrze Kwadrat jest elementem obchodów przypadającej w tym roku 150 rocznicy urodzin Marii Skłodowskiej-Curie. Na obchody składa się szereg wydarzeń organizowanych nie tylko w Warszawie, ale i również w innych miastach. Terminarze są aktualizowane na bieżąco.

 

Spektakl „Promieniowanie” w Teatrze Kwadrat

Autor JAROSŁAW SOKÓŁ
Produkcja EWA WENCEL
Scenografia WOJCIECH STEFANIAK
Kostiumy DOROTA REQUEPLO
Muzyka TOMASZ BAJERSKI

Obsada EWA WENCEL

Zapach kobiety, czyli Agua de lágrimas

Z dużą ciekawością i niecierpliwością czekałam na kolejne spotkanie z Warszawskim Centrum Pantomimy. Poprzedni spektakl, Gogol, zaintrygował i zachwycił mnie na tyle, że chciałam zobaczyć więcej. Tym bardziej, że kolejny – Agua de lágrimas – miał być nawiązaniem do Pachnidła Patricka Süskinda. Ekranizacja tej powieści bardzo mnie kiedyś zachwyciła, moje oczekiwania były zatem wysokie. Wciąż też nie byłam pewna, czy pantomima to forma sztuki dla mnie, a nie chciałam tego rozstrzygać na podstawie jednego spektaklu. Poza tym, muszę przyznać, jest to tak ciekawe i nietypowe przeżycie, że gdyby nawet nie spodobało mi się za pierwszym razem, spróbowałabym znów. To doświadczenie tak inne od „zwykłego” teatru, jakość i estetyka nie spotykana nigdzie indziej, że aż chce się to przeżywać jeszcze raz.

Potwierdziło się moje odczucie, że pantomima to sztuka nieoczywista i nieprzewidywalna. Nie da się z mimodramu wyjść bez listy pytań w głowie, na które szuka się odpowiedzi. Czy to oznacza, że ta forma sztuki jest niezrozumiała dla przeciętnego widza? Bynajmniej!
Forma przekazu jest przecież stosunkowo prosta – mimika i ruch, światło, dźwięk i… zapach. (Tak, zapach! Tym razem bowiem salę wypełniała intensywna woń zapachowego kadzidła będąca idealnym wprowadzeniem widza w klimat.) Nie ma tylko słów. Ale podczas oglądania spektaklu nie ma poczucia, że brakuje opisu słownego, bo tak wiele zostaje przekazane pozostałymi środkami wyrazu, że słowo nie jest potrzebne. To, czego nie widać, dopowiada wyobraźnia. A tę przecież ma każdy. Mimowie „jedynie” wskazują kierunek, w którym ma ona podążać.

Agua de lágrimas rozegrany został w takim samym składzie, jak Gogol, i po raz kolejny zachwyciła mnie płynność ruchów i zgranie aktorów. Jest to, oczywiście, kluczowe dla artystów grających głównie ciałem, ale chyba nigdy nie przestanie mnie zachwycać. W przeciwieństwie do Gogola nie mam tu swojej „ulubionej” części obsady – wszyscy zagrali na bardzo równym poziomie. Niemniej, zdecydowanie na pierwszy plan wysunął się Bartłomiej Ostapczuk. Wynika to bezpośrednio z charakterystyki granej przez niego postaci – odpychającego obdartusa, który pewnego dnia pojawia się u perfumiarza na zawsze odmieniając jego życie. Ten przybłęda raz jest zafascynowanym laboratoryjną aparaturą chłopcem, a raz przerażającym podglądaczem zaczepiającym kobiety. Perfumiarz natomiast, grany przez Pawła Kuleszę, jest jak żywcem wyjęty z filmu z epoki. Ale może to kwestia samego Kuleszy, który niezwykle plastycznie wchodzi w swoją postać – było to widoczne również w Gogolu, gdzie grał krawca. Obie te role są dla niego jak ulał, choć może powinnam raczej napisać – to Paweł Kulesza jest dla nich jak ulał.

Ten spektakl był w moim odczuciu mocniejszy, jeśli chodzi o emocje wyrażane przez aktorów – strach, przerażenie, rozpacz. Podziwiam tutaj zwłaszcza Ewelinę Grzechnik, która na scenie zaprezentowała cały wachlarz emocji, także tych, przy których ja – siedząc na widowni – miałam ochotę krzyczeć (prawie mi się wyrwało: UDUŚ JĄ W KOŃCU!). Na temat jej wdzięku i stylizacji mogłabym się długo rozpisywać. Zauroczyła mnie całą sobą – od stóp do głów.

Tym, co mnie najbardziej urzekło w tym mimodramie, był poziom metaforycznego przedstawienia pewnych aspektów*. Gdybym jednak miała porównać swoje wrażenia z Agua de lágrimas i z Gogola, to ten drugi podobał mi się bardziej. Nie znaczy to jednak, że wariacja na temat Pachnidła jest spektaklem gorszym, bo nie jest. Jest po prostu inna. Nie mogę absolutnie nic złego o niej powiedzieć, nie mam żadnych zarzutów co do wykonania. Po prostu bardziej przemówił do mnie Gogol, choć historia z Agua de lágrimas jest mi bliższa.

Powodów może być kilka. Mój odbiór mógł być zaburzony przez wysokie oczekiwania oraz fakt, że wiedziałam już mniej więcej czego się spodziewać – mniejszy element zaskoczenia i brak tzw. siły pierwszego razu. Mógł mieć znaczenie także pewien osobisty aspekt, który leży całkowicie po mojej stronie i nie miał nic wspólnego z jakością wykonania, która – co będę podkreślać – była na wysokim poziomie. Nie zniechęca mnie to jednak do dalszego eksperymentowania z pantomimą i jak tylko nadarzy się okazja, z pewnością wybiorę się na kolejny spektakl Warszawskiego Centrum Pantomimy. Szczerze mówiąc, już nie mogę się doczekać!

Dla przypomnienia – zwiastun Agua de lágrimas:

*)  I w tym miejscu trochę SPOILER: bardzo wymowne przejście od bijącego serca do flakonu z pompką oraz kobieta zaklęta w butelce perfum <3

P.S. W dniach 10-18.06.2017 odbędzie się w Warszawie 17. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu.

 

Spektakl „Agua de lágrimas” ​Teatr Warszawskiego Centrum Pantomimy

Reżyseria LIONEL MENARD
Współpraca ALEXANDER NEANDER, WOLFRAM VON BODECKER
Scenografia/Kostiumy AGNIESZKA MAGIERA/EMILIA OBŁĘKOWSKA
Światła ANDRZEJ KRÓL

Obsada PAULINA SZCZĘSNA, EWELINA GRZECHNIK, PAULINA STANIASZEK,
PAWEŁ KULESZA, BARTŁOMIEJ OSTAPCZUK, IRENEUSZ WOJACZEK

Magia, czyli GOGOL bez słów

GOGOL to mimodram (spektakl pantomimy) na podstawie opowiadania Płaszcz autorstwa Nikołaja Gogola w interpretacji Warszawskiego Centrum Pantomimy, wystawiany na Scenie Przodownik Teatru Dramatycznego w Warszawie.

Nie jest mi łatwo opisać wrażenia po tym spektaklu, bo jest to tak nowa dla mnie jakość sztuki, że nie mam odniesienia, a krzywdzące dla artystów Warszawskiego Centrum Pantomimy​ byłoby porównywanie z działalnością Ireneusza Krosnego (z całym szacunkiem dla jego twórczości, ale to jednak nie ten poziom i nie ta estetyka).

Pierwsze, co zwraca uwagę, to oprawa wizualna (w tym światła) i muzyczna. W pantomimie jedno i drugie ma kolosalne znaczenie, bo obok mimiki i gestów są to jedyne środki przekazu i tworzenia klimatu. Szczególnie, że ze względu na charakter tej formy sztuki scenografia musi być raczej oszczędna. Tutaj mamy do czynienia z minimum rekwizytów, które dają maksimum efektów i tworzą rozbudowane, a nawet równolegle się odgrywające sceny. Scenografia jest więc, pomimo swej prostoty, wielofunkcyjna i daje możliwość genialnych manewrów przejścia z jednej sceny w drugą bez rozpraszania widza.
Kostiumy były kolejną rzeczą, która mnie zachwyciła w tym przedstawieniu. Niby niedbałe, a jednak dopracowane w każdym szczególe. Cudownie spójne między bohaterami i zgrane z całą scenografią. Do tego – pardon – kompatybilna charakteryzacja. Zupełnie tak, jakby spektakl miał swój kolor przewodni (i jest to chyba pewna prawidłowość, sądząc po zwiastunach innych przedstawień WCP, np. Marcela).

W spektaklu wzięło udział trzech aktorów i trzy aktorki. W każdym z artystów podobało mi się coś innego. Oczywiście wszyscy bardzo przekonująco grali swoje role, ale też każdy zabłysnął dla mnie czym innym. W tym miejscu warto nadmienić, że artyści idealnie pasowali do swoich postaci, i jakiekolwiek przetasowanie działałoby tu na niekorzyść. Największe wrażenie jednak zrobiły na mnie panie (panowie wybaczą;)), choć postaciom męskim nie mam absolutnie nic do zarzucenia (Bartłomiej Ostapczuk​ w roli głównej, Ireneusz Wojaczek jako jego współpracownik oraz Paweł Kulesza w roli krawca).
Niekwestionowaną faworytką jest dla mnie Paulina Szczęsna​ w roli garbatej współpracownicy głównego bohatera. Pomijając fakt wysiłku fizycznego włożonego w odgrywanie swojej postaci (ponad godzinę na kolanach!), ogromne wrażenie zrobiła na mnie mimika tej aktorki. Każda emocja była pokazana bezbłędnie, a gdy się uśmiechała – jakby jaśniał cały świat! Najbardziej ze wszystkich przyciągała mój wzrok i na pewno nie działo się to za sprawą garbu.
Świetnie w roli szefowej departamentu wypadła Ewelina Grzechnik. Tak dobrze, że jej postać nie wzbudziła we mnie sympatii 😉 Oczywiście ze względu na charakter bohaterki, świetnie oddany dzięki zaangażowaniu i talentowi aktorki. Doskonale przerysowana i wyrazista postać, a jednocześnie pełna miękkości i gracji.
À propos gracji – Paulina Staniaszek jako córka krawca to chodzący wdzięk i delikatność, nimfa wręcz. Doszły mnie słuchy, że był to jej debiut w tym przedstawieniu. Jeśli faktycznie tak było, naprawdę nie dało się tego poznać!
Ta gibkość i miękkość ruchów jest zresztą charakterystyczna dla wszystkich występujących w tym spektaklu aktorów. Co nie powinno dziwić, wszak pantomima to głównie gra ciałem, które pokazuje to, czego słowa nie mogą – bo ich nie ma. Kocia giętkość pozwala dopowiedzieć to, czego nie przekaże mimika.

Uprzedzono mnie, że jest to jedno z tych przedstawień, które potrafią wycisnąć łzy z oczu. Byłam zaskoczona, gdy przez cały spektakl nic takiego nie nastąpiło. Jakież było moje zdziwienie, gdy po zakończeniu i wyjściu wszystkich aktorów na scenę, podczas oklasków, poczułam to charakterystyczne ściskanie w gardle i szczypanie w oczach. Dlaczego tak? Nie umiem tego wytłumaczyć, ale okazuje się, że nie byłam jedyną osobą, która tak zareagowała. Może to kwestia odblokowania ładunku emocjonalnego, który kumulował się przez cały czas trwania sztuki, a któremu wcześniej przecież nie można było za bardzo dać ujścia? A może wzruszenia, które wyraźnie, obok zmęczenia*) malowało się na twarzach aktorów. Nie omieszkam tego sprawdzić na kolejnym** spektaklu Warszawskiego Centrum Pantomimy.

P.S. Z oczywistych względów nie mam zdjęcia z tego wydarzenia, ale polecam Wam obejrzenie zwiastuna:

*) W przeciwieństwie do „standardowych” spektakli, aktorzy pantomimy nie schodzą ze sceny przez cały czas trwania przedstawienia; jeśli aktualnie nie grają, zajmują się scenografią.

**) Agua de lagrimas, 14 maja na Scenie Przodownik, zapowiada się równie – nomen omen – spektakularnie. Zwiastun:

 

Spektakl „GOGOL” ​Teatr Warszawskiego Centrum Pantomimy

Reżyseria LIONEL MENARD
Scenografia/Kostiumy AGNIESZKA MAGIERA
Maski, Lalki KATARZYNA WRÓBEL
Reżyseria świateł ANDRZEJ KRÓL
Asystent reżysera MAJA PIECZERAK

Obsada EWELINA GRZECHNIK, PAULINA SZCZĘSNA, PAULINA STANIASZEK,
PAWEŁ KULESZA, IRENEUSZ WOJACZEK, BARTŁOMIEJ OSTAPCZUK

Przez żołądek do serca, czyli Kobieta do zjedzenia

Wbrew tytułowi nikt mnie nie karmił, a bynajmniej nie w sposób dosłowny. Natomiast zdecydowanie ktoś skradł moje serce… opowiadając i śpiewając o jedzeniu! Miałam bowiem smakowitą przyjemność uczestniczyć w recitalu Magdaleny Smalary Kobieta do zjedzenia w Kalinowym Sercu.

Jakież to apetyczne, jakież to pyszne! Zachwyt od pierwszego słowa do ostatniego dźwięku

Magda Smalara jest absolutnie do schrupania, a jeśli już o tym mowa – nawet najstarszy suchar w jej interpretacji nie ma nic z odgrzewanego kotleta (pun intended). To zdecydowanie aktorka niedoceniona. Przyznaję, sama znałam ją do tej pory tylko z seriali i kilku filmów. Na ten recital poszłam więc z dużym zaciekawieniem, ale zachęcona krążącymi po internecie fragmentami z poprzednich występów. Tymczasem pani Magda to fantastyczna osobowość sceniczna, doskonale kokietująca widzów i urzekająca talentem nie tylko aktorskim, ale i wokalnym (ten głos ma MOC!). Jej interpretacje piosenek są mistrzowskie. Nie mogę też nie wspomnieć talentu komediowego – po 2 godzinach występu zakwasy na policzkach od śmiechu murowane!

Pani Magda jest piękna i emanuje wdziękiem w każdym calu. Mam na myśli nie tylko to, jak wygląda, ale jak gra i jaką prezentuje na scenie osobowość. Dlatego następny przystanek to Teatr Dramatyczny, gdzie występuje na co dzień. Chyba, że wcześniej trafi się kolejna Kobieta do zjedzenia, bo będzie to w moim kalendarzu pozycja obowiązkowa i nie omieszkam zabrać ze sobą więcej osób.

Jeśli trafi się okazja – KONIECZNIE IDŹCIE TO ZOBACZYĆ.

Zapewniam, że to nie będzie wieczór stracony. Jeśli się wahacie, zastanawiacie, czy Wam się spodoba – zaprzestańcie i róbcie rezerwacje. Gwarantuję, że nikt z tego występu nie wyjdzie niezadowolony*. Informacje o terminach wystąpień można znaleźć na stronie projektu na facebooku. Recital jest prezentowany w różnych miejscach w Polsce, dlatego warto śledzić terminarz wydarzeń.

P.S. Za Beszamel mucho i Pan kotek był chory moja dozgonna miłość i uwielbienie ♥ Wielkie ukłony dla zespołu za wspaniałą wariację na temat wierszyka, jak i za całą oprawę muzyczną.

P.S.’ Co można zrobić po powrocie z dwugodzinnego recitalu o jedzeniu? Oczywiście złapać ociekającego tłuszczem i skąpanego w skwarkach z cebuli pieroga z kapustą i z grzybami. Bez odgrzewania. NIE IDŹCIE NA TO GŁODNI!
 

*) Chyba że Grumpy cat albo jakiś Niespotykanie Zmierzły Człowiek.

 

Recital „Kobieta do zjedzenia” ​w wykonaniu Magdaleny Smalary

Opracowanie muzyczne URSZULA BORKOWSKA
Wizualizacje EMILIA SADOWSKA

Zespół
URSZULA BORKOWSKA instrumenty klawiszowe
WOJCIECH GUMIŃSKI kontrabas
MARCIN SŁOMIŃSKI perkusja
MARCIN ŚWIDERSKI saksofon, flet

Owoce, kolory i inne nowotwory

Co roku w październiku rozpoczyna się na facebooku ta sama absurdalna akcja: wstaw status z tajemniczym hasłem i nikomu nie mów o co chodzi, żeby uświadomić ludzi o raku piersi! Zarówno zaproszenia do udziału jak i zasady są przekazywane poprzez prywatne wiadomości – cała akcja jest bowiem… tajna.

Ku wielkiemu zdziwieniu mojemu i moich koleżanek, w tym roku rozpoczęła się już w styczniu. Zmienił się tylko motyw przewodni – już nie chwalimy się (w zakodowanym i oczywiście nic nikomu nie mówiącym poście) miejscem odkładania swojej torebki po powrocie do domu, ulubionym alkoholem czy kolorem noszonej bielizny, lecz za pomocą nazwy owocu określamy swój status matrymonialny.
Wszystko oczywiście z troski o kobiety i z myślą o nich… Ale czy rzeczywiście? Przecież ani o raku, ani o piersiach, ani tym bardziej o profilaktyce nie ma w tym wszystkim mowy! Nijak ma się więc cała ta zabawa do świadomości o jakimkolwiek nowotworze, wbrew deklaracjom uczestniczek i pomysłodawców (kto to w ogóle wymyślił?!). Pomimo szczerych chęci ani ja, ani zapytane przeze mnie kobiety (również te zapraszające mnie do udziału!) nie jesteśmy w stanie określić toku rozumowania pomysłodawców tej akcji.

No bo co mają wspólnego owoce z nowotworami? Chyba tylko tyle, że można wyhodować sobie guza wielkości pomarańczy*. A damskie torebki? Może to, że jak się zagapimy  z profilaktyką, to zamiast nowego Michaela Korsa będziemy wybierać chustkę do zakrycia głowy po chemioterapii.

Jeśli zatem bierzecie w tym udział i/lub zachęcacie do tego swoje znajome, zadajcie sobie kilka retorycznych pytań:

  • Ile kobiet zbada sobie piersi jak wstawicie na facebooka status z nazwą owocu?
  • Czy jak opublikujecie status z nazwą alkoholu to ktoś zrobi sobie USG lub mammografię?
  • Jak bardzo zwiększy się świadomość o raku piersi dzięki wygłupom w idiotycznej grze na facebooku, o której zasadach wiedzą tylko wtajemniczeni, a nie można ich zdradzać osobom postronnym, bo wszystko ma być jedną wielką niewiadomą?

Na koniec odpowiedzcie sobie szczerze – czy to naprawdę wszystko, co jesteście w stanie zrobić, żeby uchronić bliskie Wam kobiety przed chorobą nowotworową?  Tylko na to Was stać? Naprawdę tylko tyle wystarczy do uspokojenia Waszego sumienia i poczucia, że zrobiłyście coś ważnego?

Przestańcie oszukiwać siebie i innych, że robicie coś pożytecznego, bo nie robicie.

Zamiast wykorzystać potężne medium społecznościowe do szerzenia wiedzy, poświęcacie czas i zasoby (choćby zasięgi postów), które można było spożytkować realnie uświadamiając kobiety, na udział w infantylnej maskaradzie. Czy nie lepiej zabrać w sprawie głos, który ma znaczenie, zamiast rzucać puste słowa? Co najbardziej przerażające, angażują się w tę pozorowaną akcję kobiety – wydawać by się mogło – inteligentne i wykształcone, często mające córki. Czy im też mówią, żeby wstawiały tajemnicze posty, zamiast je nauczyć samokontroli piersi?

Jasne, każdy może się bawić jak chce, i jeśli lubi infantylne atrakcje to jego sprawa. Ale robienie sobie rozrywki z tak poważnego tematu jakim są nowotwory, na które rokrocznie zapada w Polsce co najmniej 150 tys. ludzi (prognozowana przez Ministerstwo Zdrowia zachorowalność miała wynieść w 2015 roku 160 tys.), i które zabijają 100 tys. osób rocznie, jest nie tylko niedojrzałe, ale i szkodliwe. W kraju, w którym umieralność na nowotwory jest wyższa od europejskiej średniej nawet o 20% (dane KRN za 2013 rok), ludzie boją się chodzić do lekarza „bo jeszcze coś wykryje”, programy badań przesiewowych są mało popularne wśród objętej nimi populacji, a badania piersi są tematem tabu (nie wspominając o profilaktyce raka szyjki macicy, to dopiero wstydliwy temat!), robienie wielkiej tajemnicy z tak drażliwego tematu w żaden sposób nie przyczynia się do poprawy sytuacji, lecz tylko ją pogarsza!

Rak piersi jest najczęściej zabijającym Polki nowotworem i stanowi ponad 1/5 wszystkich chorób nowotworowych diagnozowanych u kobiet w Polsce (za KRN). Spośród kilkudziesięciu zebranych w klasyfikacji ICD-10 nowotworów złośliwych to właśnie C50 atakuje kobiety najczęściej, zbierając śmiertelne żniwo. W 2013 roku zdiagnozowano w Polsce 17 tys. przypadków raka piersi u kobiet (na rok 2015 MZ prognozowało 20,5 tys. zachorowań), a u mężczyzn 144. W tym samym roku na raka piersi zmarło w Polsce prawie 6 tys. kobiet (i 65 mężczyzn), co stanowi niemal 14% zgonów nowotworowych.
Raporty można sobie wygenerować na stronie KRN, ale nie ma w nim informacji o latach po roku 2013. Brak aktualnych danych wynika z opieszałości świadczeniodawców w raportowaniu do Krajowego Rejestru Nowotworów, które zresztą nawet nie jest obowiązkowe, co skutkuje także niekompletnością bazy danych. Niemniej, choć dane KRN są niepełne i przestarzałe, to i tak dobitnie pokazują skalę problemu.

Udział poszczególnych nowotworów we wszystkich chorobach nowotworowych zdiagnozowanych u kobiet w Polsce w 2013 roku.
Udział poszczególnych nowotworów w zgonach nowotworowych wśród kobiet w Polsce w 2013 roku.

Część nowotworów piersi (ok. 5-15%; wartość ta różni się w zależności od źródeł) ma charakter dziedziczny, jednak większość powstaje w wyniku mutacji, które zachodzą przez całe życie. Mają na to wpływ różne czynniki, z których bardzo istotny jest nasz tryb życia – w przypadku każdego nowotworu, nie tylko raka piersi, ryzyko zachorowania można obniżyć zdrowo się odżywiając, uprawiając aktywność fizyczną i unikając ekspozycji na substancje mutagenne i kancerogenne. Pozostałymi czynnikami ryzyka, które mogą warunkować zachorowanie na raka piersi, są min.:

  • rak piersi wśród członków rodziny (matka, babka, siostra),
  • wczesna pierwsza miesiączka przed 12 rokiem życia,
  • późna menopauza po 55 roku życia,
  • urodzenie dziecka po 35 roku życia, bezdzietność.

Ale nawet nie będąc w grupie ryzyka i stosując się do zaleceń zdrowego trybu życia nie mamy gwarancji, że uchronimy się przed nowotworem. Dlatego tak ważna jest profilaktyka. Wychwycenie w porę groźnych zmian w piersiach daje pacjentkom ponad 90% szans przeżycia kolejnych pięciu lat po diagnozie. Mało? Wskaźnik 5-letnich przeżyć w roku 2012 wyniósł dla raka piersi 72%. Docelowa wartość tego wskaźnika w 2024 roku, będąca założeniem Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych, ma wynosić 80-85% (na podstawie uchwały ustanawiającej wieloletni NPZChN na lata 2016-2024). Ale nigdy nie osiągniemy nawet tej wartości, jeśli zamiast realnych działań będziemy podejmować pozorowane akcje na facebooku! Dlatego jak zawsze namawiam do uruchomienia własnego rozumu i rozpoczęcia działań profilaktycznych – badań palpacyjnych i obrazowych (USG, mammografia), a także aktywnego (rzeczywistego!) angażowania się w promocję zachowań prozdrowotnych. To nie boli, a może Wam (i bliskim Wam kobietom) uratować zdrowie i życie!

Jak się do tego zabrać? Najlepiej zacząć od najprostszej (i najprzyjemniejszej) formy kontroli, czyli samodzielnego badania piersi.

Ulotkę możesz ściągnąć i wydrukować tutaj.

Badanie można wykonać samodzielnie albo poprosić o to partnera lub partnerkę; w końcu to Wy najlepiej znacie swoje piersi i najłatwiej zauważycie zmiany. Nie bójcie się też prosić o badanie palpacyjne podczas wizyty u ginekologa. Jeśli odmówi, zmieńcie lekarza. Serio.
Nawet wykrycie jakichś zmian nie musi od razu oznaczać najgorszego. Niemniej, jeśli zauważycie coś niepokojącego, zgłoście się do specjalisty. Oprócz ginekologa może to być też onkolog, chirurg onkolog lub chirurg ogólny. Ważne: do onkologa można się zgłosić bez skierowania.
W razie potrzeby specjalista skieruje Was na dalsze badania – w zależności od wieku będzie to USG piersi i/lub mammografia. Badanie ultrasonograficzne pomoże odróżnić torbiele od guzów litych, a mammograficzne wykryje zmiany nowotworowe nawet we wczesnym stadium. Jeśli badanie obrazowe potwierdzi podejrzenia, może być konieczne wykonanie biopsji (najprawdopodobniej cienkoigłowej) z oceną histopatologiczną (i oznaczeniem receptora HER2 – nabłonkowego czynnika wzrostu). Po tym etapie będzie wiadomo, czy zmiany mają charakter nowotworowy. Jeśli tak, konieczna może się okazać biopsja gruboigłowa w celu określenia rodzaju komórek rakowych. Badanie histopatologiczne w 99% przypadków jest w stanie określić rodzaj nowotworu.

Jeśli nie jesteście objęte programem skryningowym**, badanie obrazowe możecie wykonać na własną rękę (koszt to ok. 100-150 zł, zależnie od lokalizacji – przychodnie i szpitale państwowe oferują badania nawet o połowę taniej, niż placówki prywatne) lub poprosić swojego lekarza o skierowanie.
Jak często należy to robić? Cóż, mój osobisty harmonogram badań przewiduje USG piersi raz w roku. Wolę spać spokojnie, a pieniądze wydane na diagnostykę nigdy nie są stracone, to zawsze inwestycja! Rzeczywistość jest brutalna – wczesne wykrycie nowotworu to po prostu większa szansa na przeżycie, a decyzja o (nie) zrobieniu badań profilaktycznych może być jedną z tych „życiowych”. I takie informacje trzeba rozpowszechniać, a nie miejsce odkładania torebki. A symbolem walki z rakiem piersi nie jest żaden owoc, tylko różowa wstążka.

P.S. Radykalne odjęcie piersi z rekonstrukcją dotyczy nawet 90% pacjentów z rakiem piersi. Chyba jest o co walczyć, prawda?

 

*) Podczas pracy w Ministerstwie Zdrowia współpracowałam m.in. ze środowiskiem lekarskim nad merytoryczną stroną pakietu onkologicznego. Obejmowało to również poznawanie ciekawych – z punktu widzenia medycznego – przypadków (tzw. case study). Jednym z nich był przykład kobiety, która – wiedząc już, że ma guza piersi – wstydziła się zgłosić do lekarza. Guz był tak duży, że w zasadzie utworzył trzecią pierś. Do wizyty u specjalisty skłoniła ją jedna z pań, z którymi spotykała się w kościele. Zwróciła jej ona bowiem uwagę, że… śmierdzi i nie da się obok niej przebywać. Na skutek zaniedbania powstałego guza utworzył się także ropień roztaczający nieprzyjemną woń. I dopiero to skłoniło kobietę do zainteresowania się swoim zdrowiem.
**) Informacje o programach profilaktycznych (w tym adresy placówek wykonujących badania) można znaleźć na stronach wojewódzkich oddziałów NFZ. Badania wykonywane w ramach tych programów są bezpłatne, a zainteresowane panie mogą się zgłaszać bez skierowania (może być jednak konieczne wcześniejsze zapisanie się na badanie). W przypadku raka piersi programy skryningowe skierowane są do kobiet w wieku 50-69 lat. Objęcie programem profilaktyki akurat tej kohorty wiąże się z faktem drastycznego wzrostu zachorowań w tym przedziale wiekowym (91% zgonów z powodu nowotworów złośliwych piersi występuje po 50 roku życia; dane ze sprawozdania MZ z realizacji NPZChN za 2014 rok).
Warto zatem poważnie porozmawiać z naszymi mamami i babciami, i zachęcić je do wykonania badania lub upewnić się, że robią je regularnie. Badanie mammograficzne w tej grupie wiekowej powinno być wykonywane co 24 miesiące lub co 12 miesięcy w przypadku kobiet, u których wystąpił rak piersi wśród członków rodziny (u matki, siostry lub córki) albo mutacje w obrębie genów BRCA 1 lub BRCA 2 (które mogą być dziedziczne). Taka częstotliwość jest standardem europejskim w tej grupie wiekowej. U młodszych kobiet mammografia nie jest badaniem miarodajnym.

Źródła:

Ministerstwo Zdrowia
Narodowy Fundusz Zdrowia
Krajowy Rejestr Nowotworów
Europejski Kodeks Walki z Rakiem
NFZ – Mazowiecki Oddział Wojewódzki
Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych

Dzień dobry!

Kolejka w sklepie.
Grzecznie czekam w jedynym ogonku, choć kasy są dwie. Zakładam, że kasjer na tej drugiej ma obecnie inne zajęcie, a mnie się nie spieszy. Po chwili jednak prosi kolejną osobę. To ja.

Podchodzę z uśmiechem i entuzjazmem. Tym większym, że widzę pana pierwszy raz, więc może jest tu nowy i się stresuje, a będzie mu raźniej, jak spotka kogoś przyjaźnie nastawionego.

Dzień dobry! – rzucam radośnie, bo w gruncie rzeczy wesoły ze mnie człowiek.
No nie wiem, czy taki dobry… – słyszę w odpowiedzi.
Ale jak to, coś się stało? – pytam. Ciekawskie ze mnie stworzenie.
Pracowała pani kiedyś w sklepie?

W tym momencie wszystko staje się jasne.

Ludzie, co? – dopytuję jeszcze dla pewności i dostaję potwierdzenie.

Mam wielki szacunek do osób pracujących bezpośrednio z ludźmi czy w szeroko pojętej obsłudze klienta. To jest w moim odczuciu najtrudniejsza praca. Jestem w stanie wyobrazić sobie, ile nieprzyjemnych sytuacji im się przytrafia, jak często mają styczność z osobami roszczeniowymi i mylącymi obsługę z usługiwaniem. Wystarczy się czasem przyjrzeć, będąc w lokalu, jak traktowane są kelnerki. Albo w urzędzie czy na poczcie poobserwować, co się dzieje w okienkach obok.
Ile razy widzieliście w sklepie czy markecie klientów awanturujących się z kasjerami? Lub dobitnie dających do zrozumienia, że towary są za wolno kasowane, albo wykazujących milczące (choć wcale nie ciche) zniecierpliwienie, bo w kasie trzeba było zmienić rolkę?

W dobie internetu, gdy częściej mamy kontakt z ekranem, niż z żywą osobą siedzącą naprzeciwko, zbyt łatwo zapominamy, że nie tylko po drugiej stronie kabla, ale i lady czy urzędniczego okienka siedzi człowiek. Człowiek, który też ma swoje problemy. Który może mieć gorszy dzień, źle się czuć (np. mieć migrenę), albo zwyczajnie być zmęczony dziesiątą godziną pracy. Człowiek, który może cały dzień nic nie jadł, bo nawet nie miał kiedy pójść na przerwę. Albo jest roztrzęsiony chamskim zachowaniem poprzedniego klienta.
Tuż przed świętami w pobliskiej, zaprzyjaźnionej piekarni jakaś pani zrobiła ogromną awanturę, że nie ma pierogów. Których to pierogów nawet nie zamawiała.
Innego dnia pani dyrektor z sąsiedniego gimnazjum była oburzona, że nikt jej od razu po wejściu nie obsłużył. A była trzecia w kolejce.

Właściwie to w większości ludzie są mili i nie jest tak źle, tylko czasem trafi się ktoś chamski – kontynuuje pan kasjer.
Wie pan, co wtedy najlepiej zrobić? Uśmiechnąć się i powiedzieć coś miłego.
Myśli pani, że zadziała?
– pyta z niedowierzaniem.
Jestem o tym przekonana!

Bo człowiek zmęczony lub zdenerwowany może się trafić po każdej stronie.
Osoba zirytowana czy niegrzeczna często oczekuje podobnego zachowania ze strony kogoś, z kim wchodzi w interakcję. Lub nie oczekuje niczego, ale raczej na pewno nie spodziewa się, że jej postawa spotka się z życzliwym nastawieniem. Dlatego warto zauważyć drugiego człowieka, a nie tylko jego marsową minę  czy szorstkie odzywki. Czasem wystarczy sam uśmiech, a czasem zagajenie neutralnej rozmowy („Zimno dziś, prawda?”). „Spokojnie, proszę się nie denerwować, ja się nie spieszę” do kasjerki nerwowo zmieniającej rolkę naprawdę nie zaszkodzi. Nawet rzucone na odchodnym „Miłego dnia!” potrafi czasem zdziałać cuda.

Jeżeli jednak nie zadziała – trudno, idzie się dalej, nie ma tu nic więcej do roboty.
Ale życzliwość naprawdę nic nie kosztuje, a może wiele dać. Uśmiechnij się do kogoś – może sprawisz, że poczuje się lepiej?

Miłego dnia!

 

Krótka historia o tym, dlaczego postanowienia noworoczne są bez sensu

Znacie to?

Od jutra będę dbać o porządek

Od poniedziałku rzucam palenie/nie jem słodyczy/zdrowo się odżywiam

Od następnego miesiąca będę chodzić na siłownię

Od nowego roku się odchudzam!*

*) bo teraz święta, Sylwester, więc nie opłaca się zaczynać

Kto nigdy sobie tak nie obiecywał, tego podziwiam i szczerze zazdroszczę! Tego typu deklaracje składałam przed samą sobą niezliczoną ilość razy. Tymczasem następnego dnia wcale nie było czyściej, po tygodniu wciąż jadłam czekoladę, przez cały miesiąc jakoś nie było czasu pójść na siłownię, a w nowym roku było tak samo, jak w starym. Słowem – nie zmieniało się nic. A frustracja brakiem zmian rosła. Nie wspominając o poczuciu winy, że znowu nic się nie udało.

Oczywiście można być – tak jak ja – człowiekiem napędzanym gniewem, czyli doprowadzić się do takiego stanu irytacji, który w końcu zmusi do działania. Ale chyba nie o to chodzi, żeby samego siebie denerwować i być na siebie złym. Zdecydowanie fajniej jest być wobec siebie uczciwym i dobrze się ze sobą dogadywać.

Jeżeli coś odkładasz, to tak naprawdę nie chcesz tego robić

Każdy dzień jest dobry. Jeśli możesz coś zrobić w poniedziałek, możesz i dziś. Jeśli możesz coś zacząć od nowego roku, możesz zacząć dziś. Jeśli coś nie wymaga nakładu czasu i środków, a możesz wygospodarować chwilę, po prostu to zrób.
Spójrzmy prawdzie w oczy – większości działań nie odkładamy dlatego, że nie możemy ich wykonać od razu, tylko dlatego, że nie chcemy ich robić. A nie chcemy ich robić, bo to oznacza zmianę. Czasem nie jesteśmy na nią gotowi, a czasem po prostu jej… nie chcemy. Warto się zatem zastanowić, czy naprawdę chcesz, aby coś się zmieniło, i jeśli tak, jeśli naprawdę chcesz coś zmienić,

ZACZNIJ DZIAŁAĆ OD RAZU!

Nie odkładaj, bo jeśli nie jesteś osobą wybitnie zmotywowaną (jak ja), początkowy zapał wyparuje i nic z tego nie będzie. Przykładem choćby ten blog – pomimo przeszkód, walki z layoutem, konieczności poświęcenia czasu na wykup domeny i ogarnięcie hostingu (bez jakiejkolwiek wiedzy na ten temat), jednak jest. Jak tylko pojawiła się myśl o założeniu bloga, zaczęłam ją realizować. A mogłam odłożyć to na potem, czyli na wieczne nigdy, i na tym skończyłoby się moje pisanie.
Albo się chce i się robi, albo się nie chce i się nie robi. Nie ma półśrodków, skróconych dróg, magicznych sztuczek, jest tylko chęć do zmiany i adekwatne działanie. Samo się nic nie zrobi.

Jeśli nie teraz, to kiedy?!

Miałam wielkie szczęście spotkać na swojej drodze osobę, która zupełnie nieświadomie dosyć mocno wpłynęła na moje życie (pozdrawiam, Basiu!:)). Kobieta sukcesu, piękna, zadbana, wysportowana, zwiedzająca świat, czytająca mnóstwo książek i w tym wszystkim znajdująca czas na (także nowe) hobby. Gdy zobaczyłam, że zaczęła malować, byłam w szoku, skąd bierze na to wszystko czas. Zapytałam o to i usłyszałam w odpowiedzi:

Jeśli nie teraz, to kiedy?

No właśnie, kiedy?
W którym konkretnie życiu zamierzasz zrobić to, o czym marzysz, lub dokonać zmiany, na którą od dawna czekasz? Jak mawia jedna z moich ulubionych blogerek: życie jest za krótkie na bawełniane gacie!

Za miesiąc, rok, możesz być już w zupełnie innym miejscu w życiu i nie będziesz tego potrzebować, chcieć lub móc. Albo będziesz w tym samym miejscu właśnie dlatego, że czegoś nie zrobiłeś…

To jak będzie tym razem?

 

Miało być krótko, a wyszło jak zawsze. W podziękowaniu za dotrwanie do końca – piosenka: